"Beksiński
nigdy nie uderzył swojego syna. Beksiński nigdy nie przytulił swojego
syna". Po przeczytaniu tego motta, wiedziałam już, że nie będę miała do
czynienia z kolejną książką o kontrowersyjnym artyście i jego
twórczości. Musiało chodzić o coś więcej. I nie rozczarowałam się.
Magdalenę Grzebałkowską znamy jako świetną
reporterkę "Gazety Wyborczej" i laureatkę nagrody Grand Press w
kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. Jej lekkie pióro i świetny
styl pisania w połączeniu z rzetelną pracą reporterską zaowocowały
niezwykłą książką o niezwykłych ludziach.
"Beksińscy. Portret podwójny" nie jest biografią
ojca i syna, jest porywającą opowieścią o miłości, samotności i śmierci.
Grzebałkowska, jak sama opowiada, poświęciła książce dwa i pół roku, w
tym czasie zajmowała się wyłącznie pracą nad tym tematem. Na miesiąc
zamieszkała nawet wraz z rodziną w Sanoku, gdzie początek bierze cała
historia.
Książka nie miała być biografią, co brzmi zbyt
poważnie, obliguje do szerokich komentarzy związanych chociażby
z krytyką sztuki, kiedy pisze się o artyście, ale "dużym reportażem" –
mówi Grzebałkowska.
Pora przedstawić dwie postaci dramatu. Ojciec.
Zdzisław Beksiński. Urodzony w Sanoku, gdzie powrócił po studiach w
Krakowie, aby objąć etat działe konstruktorskim fabryki "Autosan". Czas
na realizację pasji artystycznych musiał dzielić ze znienawidzoną pracą w
fabryce.
Beksiński projektował nadwozia, znaki graficzne,
opracowywał stylistykę prototypowych autobusów. Jednak innowacyjność i
rozmach jego pomysłów nie znalazły uznania władz. W efekcie żaden
autobus projektu Beksińskiego nie wyjechał na polskie szosy.
Duszna atmosfera podkarpackiego miasteczka i
tęsknota za silniejszymi bodźcami zmusiła malarza do przeprowadzki do
wielkiego miasta. Od 1977 wraz z rodziną zameldował się w M-5 na
warszawskim Służewcu. O malarzu zaczyna być głośno. Próby popularyzacji
dzieł Beskińskiego podejmuje się mieszkający w Paryżu marszand Piotr
Dmochowski. Delegacja z Tokio wykupuje obrazy za oszałamiającą wówczas
kwotę miliona dolarów. Malarz w panteonie gwiazd polskiej sztuki
współczesnej zajmuje miejsce obok Hasiora, Dudy-Gracza, Dunkowskiego,
Trasina. Zostaje brutalnie zamordowany we własnym mieszkaniu w
przededniu swoich 77. urodzin.
Tomasz Beksiński. Syn. Naznaczony od początku.
Szukający swojej drogi, kochliwy, ale niepotrafiący zatrzymać miłości.
Zamieszkuje w bliskim sąsiedztwie rodziców, bywa u nich codziennie na
obiedzie. Wstaje nie wcześniej niż o 13.00. Pasjonuje się muzyką i
wampirami. Zostaje dziennikarzem muzycznym. Jego audycje w radiu,
zwłaszcza kultowa "Muzyczna poczta UKF" w Trójce, kształtują gust
muzyczny całego pokolenia. Zafascynowany zachodnim kinem, które z trudem
przebija się przez berliński mur, zdobywa oryginały i tłumaczy ścieżki
dialogowe. Na początku na potrzeby przyjaciół, potem jego tłumaczenia
słyszy cała Polska.
Tomkowi Beksińskiemu zawdzięczamy dziś polskie
wersje językowe serii z Jamesem Bondem, to on odkrył dla nas Monty
Pythona, filmy Polańskiego, niezliczone westerny i horrory. Nie chce
wkraczać w XXI wiek, po kilku nieudanych próbach, Beskińskiemu
juniorowi udaje się popełnić samobójstwo w Wigilię 1999 roku.
Magdalena Grzebałkowska misterną konstrukcję
książki opiera na korespondencji – malarza i jego przyjaciół, marszanda
Piotra Dmochowskiego, osobistym dzienniku artysty i rozmowach
z ludźmi, którzy przewinęli się przez życie Beksińskich i ich
mieszkania. Dziennikarka opowiada, że ani razu nie spotkała się
z odmową, wszyscy dawni przyjaciele i znajomi Beksińskich chętnie
opowiadali o Zbigniewie i Tomku, udostępniali osobistą korespondencję,
mimo że wielu z nich rozczarowało się wcześniejszymi kontaktami
z dziennikarzami szukającymi po prostu łatwej sensacji.
Reporterka snuje opowieść, sagę rodu, która
znajduje swój tragiczny koniec. Nie ulega pokusie, aby sensacyjną
historię śmierci ojca i syna uczynić siłą napędową książki, dzięki temu
otrzymujemy niemal wiwisekcyjny obraz artystycznych, wrażliwych i
zagubionych dusz, które próbują znaleźć się z większym lub mniejszym
trudem w nieprzyjaznej rzeczywistości.
Beksiński senior ucieka w trans malowania, drobne
natręctwa i obsesje, popada w uzależnienie od technologii. Junior ucieka
przed emocjami w kino, muzykę, chorobliwą fascynację śmiercią,
wampiryzm. Obydwaj żyją w szczelnych kokonach, nie dopuszczając nikogo
naprawdę blisko, a ich rozpaczliwie próby zbudowania więzi, ucieczki od
samotności, zawsze kończą się spektakularną klęską.
Obydwaj są naznaczeni jakimś emocjonalnym paraliżem, który przez otoczenie odczytywany był po prostu jako
patologicznie wybujały egocentryzm.
Beksiński oskarżany, że w swoim malarstwie
nadmiernie eksploatuje desygnaty śmierci, tłumaczył: "postanowiłem
malować, rysować, rzeźbić, by przetrwać w swych dziełach. Malować
śmierć, żeby choć na chwilę o niej zapomnieć".
Magdalena Grzebałkowska w rozmowie tłumaczy: za
wszelką cenę chciałam uniknąć domorosłego psychologizowania, oceniania
postaci, wyrażania własnej opinii, ujawnia własnego zdania na temat
historii ojca i syna. Jednak przyznaje, że o ile Zbigniewa Beksińskiego
udało się jej "rozgryźć" w połowie pracy nad materiałami, o tyle Tomek
pozostał do końca nieprzeniknioną zagadką.
Autorka odkrywając informacje o kolejnych próbach
samobójczych Beksińskiego juniora, widząc jak bezwzględny i niemiły bywa w
stosunku do rodziców, a całkiem odmienny jest chociażby dla słuchaczy,
jak broni się przed nadmiarem miłości ze strony matki, przyznaje, że ten
bohater pozostaje nadal zagadką.
"Beksińscy. Portret podwójny" to nie tylko studium
postaci. Reporterska wrażliwość autorki przejawia się również w
przeprowadzonej mistrzowsko rekonstrukcji codzienności.
Magdalena Grzebałkowska jest z wykształcenia
historykiem i wyznaje zasadę, że "ukazanie historii kultury materialnej
jest niezbędne dla opowieści, dla właściwego ukazania bohaterów".
Podglądanie życia codziennego to część reporterskiej pracy. Dzięki temu
wiemy, jak wyglądały dziewczyny, w których raz za razem zakochiwał się
Tomek, w co się ubierał, co lubił jeść najbardziej. Podobne informacje
dostajemy o Mistrzu. Wiemy, że miał tylko dwa komplety ubrań – jeden do
malowania, drugi do podejmowania gości, że najbardziej na świecie
uwielbiał pierogi ruskie swojej żony, po jej śmierci żywił się wyłącznie
pepsi, kiszonymi ogórkami, kanapkami z McDonald’s.
Widzimy wnętrza mieszkań, układ pracowni. Tak
wspaniałe odmalowanie detalu sprawia, że tym mocniej zanurzamy się w
historii, a bohaterowie stają się nam coraz bliżsi. Wielką historię,
zmiany społeczno-obyczajowe też poznajemy z perspektywy bohaterów:
malarza, który walczy z cenzurą, ubiega się o przydział farb i bezcenny
meldunek w Warszawie w szarych czasach schyłkowego socjalizmu, a
następnie zachłystuje się konsumpcyjnymi możliwościami po transformacji.
Opowieść okrasza też wiele świetnych anegdot, jak
choćby ta o modzie na środki poszerzające świadomość w latach 60., kiedy
to z braku marihuany i haszyszu, zdeterminowani poszukiwacze wrażeń
kradli deficytowe banany i suszone łupiny ćmili w fajkach, wizji i
odlotów nie doświadczyli, a tylko drętwienia nóg.
Historię Beksińskich podejmowano już wielokrotnie,
zwykle próby te opierały się na mrocznej sensacji, motywie fatum
ciążacego rzekomo nad tą rodziną. Magdalena Grzebałkowska opowiada:
chciałam uniknąć tych banalnych tropów na wzór gotyckiej powieści Alana
Edgara Poe "Zagłada domu Usherów". Gdyby spuścić całe powietrze z tej
książki – w efekcie mamy po prostu historię dwóch niezwykłych jednostek.
Historię o potrzebie miłości, jej poszukiwaniu, a także niemożności jej
doświadczenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz